Emil Zola - fragmenty twórczości
Spróbuj tylko raz jeszcze powtórzyć to, co mó- wiłaś przed chwilą! Spróbuj tylko! Katarzyna wyraziła bowiem chęć powrotu do pracy w le Voreux. Świadomość, że nie zarabia na życie, że zajmuje miejsce w domu matki, jak zwierzę, z którego nie ma żadnego pożytku, stawała się dla niej coraz bardziej nieznośna i gdyby nie to. że bała się Chavala, zaraz we wtorek byłaby zjechała do kopalni! — Cóż chcesz? — podjęła jąkając się. — Nie moż- na żyć nie pracując, a tak będziemy mieli przynaj- mniej na chleb. Maheudka przerwała jej: — Pierwszemu z was, które weźmie się do pracy, ukręcę szyję, zapamiętaj to sobie... Ach, nie! Tego już byłoby za wiele! Najpierw zabić ojca, a później wyzyskiwać jeszcze dzieci! Wolę, żeby was zabrali na'cmentarz jak i jego! Jej długie milczenie tryskało teraz wściekłym stru- mieniem słów: To mi dopiero straszny majątek przy- niosłaby Katarzyna! Najwyżej ze trzydzieści su, a do tego jeszcze może ze dwadzieścia su, gdyby dyrekcja znalazła jaką pracę dla tego bandyty Janka! Pięć- dziesiąt su i siedem gąb do wyżywienia! Dzieciaki tyle akurat zdatne są, żeby zupę z garnka wyjadać, ale nic więcej! A dziadkowi coś się chyba pomieszało w głowie, jak upadł; albo może się w nim krew za- piekła, jak zobaczył, że żołnierze strzelają do narodu, bo całkiem się teraz wydaje głupi. — Prawda, dziadku, wykończyli was, co? Cóż z te- go, że macie jeszcze siłę w garści, i tak jesteście już do niczego. Bonnemort spoglądał na nią zagasłymi oczyma, nie rozumiejąc. Całymi godzinami siedział zapatrzo- ny w jeden punkt i tyle mu jeszcze tylko zostało przytomności, że spluwał do miseczki pełnej popiołu, którą stawiano obok niego dla zachowania porządku. — I nie załatwili jego renty — ciągnęła Maheud- ka. — Pewna jestem, że odmówią, bo wiedzą, co my za jedni... Nie, mówię wam, że to już jest
nie do wytrzymania z tymi przeklętymi ludźmi! — Ale obiecują przecież na afiszach... — odważyła się wtrącić Katarzyna. — Przestaniesz ty raz z tymi afiszami czy nie? Wypisują różności, żeby nas znęcić, a potem zrobią z nami, co zechcą. Mogą sobie dużo obiecywać, jak nam podziurawili skórę! — No dobrze, mamusiu, ale dokąd pójdziemy? W osiedlu na pewno nie pozwolą nam zostać. Maheudka odpowiedziała nieokreślonym gestem, pełnym straszliwej wymowy. Dokąd pójdą? Nie wie- działa i starała się o tym nie myśleć, bo czuła, że ogarnia ją szaleństwo. Pójdą gdzie indziej, wszystko jedno gdzie. Wyprowadzona z równowagi skrobaniem garnka, rzuciła się na Lenorę i Henryka i wyinierzy- ła im po policzku. Upadek Estelki, która czołgała się na czworakach, wzmógł jeszcze hałas. Matka uspokoiła ją klapsem: najlepiej byłoby, gdyby od razu kark skręciła. Wspomniała Alzirę i wszystkim dzieciom życzyła tego samego losu. A później, oparł- szy głowę o ścianę, wybuchnęła nagle łkaniem. Stefan stał bez ruchu nie ośmielając się wtrącić. Nic już nie znaczył w tym domu, nawet dzieci od- suwały się od niego nieufnie; lecz łzy nieszczęśliwej kobiety wstrząsnęły nim, szepnął: — Odwagi, odwagi! Może się wszystko jeszcze jakoś ułoży. Wydawało się, że Maheudka nie dosłyszała jego słów, żaliła się teraz głosem jednostajnym i cichym: — Och, Boże, czy to możliwe? Jeszcze przedtem można było jakoś wyżyć. Człowiek jadł suchy chleb, ale chociaż wszyscy byliśmy razem... Co się to stało, co myśmy takiego zrobili, że nas los tak ciężko poka- rał? Jedni pod ziemią, a drudzy też by najchętniej położyli się do trumny... To prawda, że zaprzęgali nas do roboty jak konie do pługa i że nie było spra- wiedliwości przy podziale. Człowiek obrywał kijem, wysługiwał się bogaczom i zbijał dla nich majątek, a sam nie miał nadziei, że dojdzie kiedyś do czegoś lepszego. Co to za życie, jak nie ma nadziei! Nie, tak nie mogło być dłużej, trzeba było odetchnąć tro- chę... Ale kto to mógł przypuszczać! Czy to możliwe, żeby ściągnąć na siebie takie nieszczęście, gdy prag- nie się sprawiedliwości? — Wzdychała ciężko, głos zamierał jej w bezmiernym smutku. — Zawsze znaj- dą się spryciarze, co wam obiecują Bóg wie co i opo- wiadają, że wystarczy tylko wyciągnąć rękę... Czło- wiek tak sobie tym głowę nabije, tak ma już dosyć własnej nędzy, że chciałby tego, czego nie ma. Ja sama wyobrażałam sobie nie wiedzieć co, marzyło mi się spokojne życie w zgodzie ze wszystkimi, jak głu- pia bujałam w obłokach! A potem człowiek spada nagle w błoto i ma wtedy za swoje!... Nieprawda, nie pomoże wyciągać rękę, nie ma nic z tego, czegośmy się spodziewali. Jest tylko bieda, och i jaka bieda, i parę kuł na dodatek! Stefan, słuchał tych skarg, a każda łza budziła w nim wyrzuty sumienia. Nie wiedział, jakimi sło- wami mógłby uspokoić Maheudkę złamaną straszli- wym upadkiem z wyżyn ideału. Wróciła na środek izby i spoglądała na niego teraz, a wreszcie wykrzyk- nęła, mówiąc mu „ty w porywie wściekłości: — A ty też uważasz, że powinniśmy wrócić do pracy po tym wszystkim, do czegoś nas wciągnął?!... Nie powiem ci złego słowa, ale jakbym była na two- im miejscu, dawno już umarłabym ze zgryzoty, żem tyle złego zrobiła towarzyszom. Stefan chciał odpowiedzieć, ale wzruszył tylko ramionami z rozpaczą: po cóż się tłumaczyć, kiedy zbolała kobieta i tak go nie zrozumie? Zbytnio jed- nak cierpiąc wyszedł i podjął swą rozpaczliwą wę- drówkę. Lecz osiedle zdawało się czekać na niego; męż- czyźni stali we drzwiach, kobiety w oknach. Skoro tylko się ukazał, pomiędzy ludźmi przebiegł pomruk, liczba ich wzrosła. Od czterech dni posiew plotek co- raz